O motocyklach, motocyklistach i podejściu do nich kierowców samochodów, garstce idiotów oraz transakcjach wiązanych z Pawłem „Ketą” Śliwą i Kubą Rozmusem, członkami klubu motocyklowego Brzeszcze Biker Team rozmawia Kamil Szyjka.
Jak doszło do założenia klubu motocyklowego w Brzeszczach?
Paweł Śliwa: - Na początku było nas tylko pięć osób i w tej grupie często razem jeździliśmy na kole, oczywiście na ulicy z daleka od samochodów i tłumów. Robiliśmy to, ponieważ chcieliśmy podszkolić technikę jazdy i poczuć dreszczyk adrenaliny. Robiliśmy to z daleka od ruchu pieszego, ponieważ wszyscy wiemy, jakie to jest zagrożenie dla przypadkowych przechodniów i gapiów. Jeździliśmy właśnie na Osadniki i od tego się praktycznie zaczęło. Po pewnym czasie to wygasło, na szczęście odrodziliśmy się jako nowe BBT.
Kuba Rozmus - Padła propozycja, aby założyć stowarzyszenie kultury. Postanowiliśmy więc wstąpić do Polskiego Ruchu Motocyklowego, czyli do instytucji zrzeszającej kluby motorowe w Polsce. Każdy dostał swój własny numer przynależności do PRM. Więc jako grupa istniejemy od blisko pięciu lat, jednak oficjalnie dopiero jeden rok.
Jakie wymogi trzeba spełniać, aby należeć do Brzeszcze Biker Team?
KR: - Najważniejsze to mieć motocykl i chęci. Dla nas nie jest ważne czy masz chopper,a czy ścigacza. Nie musisz mieć ogromnych pojemności silnika czy Bóg wie ile lat. Każdy kto ma motocykl, chęci, czuje tę pasję a nie jest człowiekiem który kupił sobie motocykl dla szpanu, bo gro takich chłopaków teraz jest, którzy dostają motocykle z okazji zdania matury i chcą pokazać jacy to oni nie są, może być w naszym klubie. Nie przyjmujemy żadnych lanserów i szpanerów.
P.Ś - Jeśli chodzi o wpisanie się do naszego klubu to ważne jest, aby mieć jakąś osobę wprowadzającą, która jest już w klubie i poręczy za Ciebie, że nie będziesz robił jakiś wygłupów ani szpanował pod logiem BBT. Do tego trzeba złożyć deklarację do Polskiego Ruchu Motorowego.
Spotykacie się regularnie?
P.Ś - Regularnie nie. Pada po prostu hasło, że się spotykamy i jedziemy. Ale poza jazdą spotykamy się również przy jakimś grillu. Nie jesteśmy klubem sezonowym, dlatego lubimy się spotkać w swoim gronie przez cały rok. Podczas takiego spotkania można ze sobą wypić jakieś piwko.
Ale po piwku nie prowadzicie?
K.R - Jazda na motorze to taka rzecz, do której nie można podejść pod wpływem alkoholu. Motocykle nie mają poduszki powietrznej, pasów. Ja nie mogę sobie pozwolić na to, że spóźnię reakcję z powodu tego, że wypiłem sobie piwo. Na motocyklu wszystko dzieje się w ułamkach sekund, nie ma czasu na dohamowanie, ucieczkę na krawężnik. Każdy kto wsiada na motor po alkoholu w naszym klubie jest skreślony.
Łączy was nie tylko pasja, ale i przyjaźnie.
K.R - Dokładnie. Jeden drugiemu zawsze stara się pomagać. Ostatnio przez tę powódź ucierpiał nasz prezes, którego zalało. Uzgodniliśmy od razu, że jedziemy mu pomóc, wyczyścić cały teren i posprzątać. Pomagamy mu jako prezesowi, jako motocykliście, jako człowiekowi.
P.Ś - Oczywiście nie tylko jemu. W dniu, w którym założyliśmy klub zginął nasz kolega Maciek. Jechaliśmy na wesele do kolegi i po ślubie miało być zebranie założycielskie klubu. Niestety Maciek nie dojechał. Jego rodzinie od razu zaczęliśmy pomagać i pomagamy do dzisiaj. W naszej grupie nikt nie zostaje sam.
Jako grupa uczestniczycie w ogólnopolskich zlotach, takich jak chociażby w Częstochowie?
K.R - Częstochowa To podstawa. Każdy motocyklista chociaż raz za swojej kadencji motocyklowej musi tam być.
Nawet jeśli jest niewierzący?
P.Ś - Nawet wtedy. Czasami nawet jest tam więcej niewierzących.
K.R - Przekonania religijne to nie jest rzecz najważniejsza. Najważniejsze jest to, że spotykamy się w tak dużej grupie motocyklistów, aby odwarczeć rozpoczęcie sezonu.
A sami organizujecie jakieś zloty?
P.Ś - Chcieliśmy zorganizować zlot w lipcu, niestety sytuacja powodziowa w kraju zmusiła nas do jego odwołania. Mimo to już planujemy zrobić zlot pod koniec wakacji.
Jak reagują na waszą pasję wasze partnerki?
P.Ś - To jest indywidualna sprawa każdego. Często się zdarza, że wyjeżdżają z nami. Trzeba przyznać, że kiedy zaczynały z nami być, to musiały mieć świadomość, że jest to transakcja wiązana. Wybierając nas wybierały też motocykl.
K.R - Wiadomo, że nasza rodzina się boi o nas, bo każda żona, mama, babcia wolałaby żebyś miał akwarium, psa czy coś takiego, bo nie zrobisz sobie przy tym krzywdy. A motocykl, nie oszukujmy się, to niebezpieczna pasja. Zawsze, kiedy wyjeżdżałem z domu patrzyłem na garaż, na żonę która wyglądała przez okno i myślałem, żebym tam bezpiecznie powrócił. Ta pasja jest silniejsza od nas.
Często mówi się o was: dawcy.
P.Ś - Są wśród motocyklistów tak zwani dawcy, ale trzeba brzydko powiedzieć, że jest to garstka idiotów. Jeżeli widzi, że jest gdzieś niedaleko tłum, a on stawia motocykl na koło... Zazwyczaj jest to zwykły wyrostek, który kupił motor i myśli, że jest panem na drodze. Prawdziwy motocyklista nie robi takich rzeczy.
K.R - Prawda jest taka, że jego panowanie kończy się na pierwszym zakręcie. Znam kilku takich chłopaków, którzy z okazji zadania matury robią sobie prawo jazdy na 125, dostają motor, który ma 150 koni, i wydaje się im że są panami drogi. Mieliśmy w Skidziniu takiego rekordzistę, którego przyjaźń z motocyklem skończyła się po 20 minutach. Też chciał pokazywać, jaki to on nie jest. Prawda jest taka, że na kursie nauki jazdy nie uczą cię jak wchodzić szybko w zakręt. Zaczyna się zakręt, zaczynają się problemy. Wtedy nie ma szpanu, nie ma koleżanek na przystanku, tylko jest płacz i zgrzytanie zębów.
P.Ś - Dlatego też, aby nie było, że motocyklista to tylko dawca, uczestniczymy w takich przedsięwzięciach jak dzień dziecka i inne imprezy, na których zawsze jesteśmy.
K.R - Ale to i taki jest mało. Ponieważ ludzie tego nie widzą jak organizujemy motoserce, jak oddajemy krew, jeździmy do domów dziecka. Na szczęście chociażby podczas takich imprez, jak dni dziecka możemy pokazać jak wygląda pasja, że nie jest to siedzenie pod blokiem, picie piwa i bicie staruszki dla pięciu złotych. Że można mieć pasję, że można mieć przyjaciół, że można ciekawie żyć. A ludzie, którzy mówią, że jesteśmy idiotami, satanistami, bo i z takim określeniem się spotkałem, oni tego nie znają. W normalnych sytuacjach nawet cześć na ulicy nie powiedzą. Dopiero kiedy przychodzi zdjęcie dzieciakowi zrobić na moim motorze to wtedy jestem ich sąsiadem, przyjacielem. A normalnie, gdy jadę na drodze to mi pokazują że jestem nienormalny i tym podobne.
Jak z waszego punktu widzenia wyglądają relacje: kierowcy samochodów - motocykliści?
P.Ś - Nasz kraj nie jest jeszcze przyzwyczajony do motocykli. U nas motocykle to nowość. Sam prowadzę warsztat motocyklowy i wiem jak to jest.
K.R - Boom motocyklowy to dopiero ostatnich pięć, siedem lat, czyli ten czas, od którego motocykle częściej zaczęły pojawiać się na drogach. A taka jest prawda, że motocykliści mieli dużą przerwę, bo era motocykli w Polsce skończyła się na wueskach, cezetach i później długo nic nie było. W tamtym czasie był to typowy środek transportu. Dopiero teraz powoli to powraca.
Powoli zaczynają nas tolerować, nie jest jeszcze tak jakbyśmy chcieli, ale jest już dużo lepiej. Kiedy widzą nas na ulicy to zjeżdżają, przepuszczają, niektórzy pomrugają awaryjnymi. Choć trzeba przyznać, że nieraz jak chociażby stajemy na pasach, to dla niektórych ludzi jest po prostu szok, że my kogoś chcemy przepuścić. Nam się naprawdę nie spieszy. Ja na przykład jestem bardzo zadowolony, kiedy przepuszczę kogoś przez pasy, a ta osoba się niekiedy nawet uśmiechnie i pewnie pomyśli coś miłego. Ale zdarzają się złośliwi. Przykładowo, kiedy jest korek to wiadomo, że w nim nie stoimy, tylko staramy się delikatnie wyprzedzić auta. Niektórych ludzi w samochodach to boli, bo uważają, że skoro oni czekają, to już wszyscy mają czekać. Taki potrafi zajechać drogę, otworzyć drzwi w ostatniej chwili. Zdarzyło mi się kiedyś, że podczas wyprzedzania chłopaczka, który jechał z dziewczyną i jadł czereśnie, po prostu splunął na mnie tą pestką przez szybę.
A jak podchodzicie do skuterów?
P.Ś - Kiedyś bardzo nas to drażniło, ponieważ mieliśmy na przykład paradę, a tam więcej skuterów niż motorów. Teraz są takie czasy, że ma dwa kółka, jest silnik, to jest motocyklistą.
K.R - Chcielibyśmy, aby sprawę skuterów wyregulowali od kwestii prawnej, ponieważ wcześniej trzeba było mieć chociażby kartę motorowerową, a teraz nic nie trzeba mieć. Jest to totalny błąd, bo gość, który nie ma bladego pojęcia jak się jeździć, nie wie co dany znak oznacza, wyjeżdża na drogę, bo mu wolno. Również widok dzieci, które ledwo dostają do ziemi ze swojego skutera, a jeżdżą na nich, też jest częsty na naszych drogach, a tak być nie powinno. To tak jak ja jeździłbym bez prawa jazdy. I to powinno być zmienione.
Co doradzanie młodszym, początkującym kolegom?
K.R - Chłopaki bardzo dobrze, kupujcie sobie motocykle, róbcie prawo jazdy, jeździcie na nich, dołączajcie do naszego klubu, ale pamiętajcie na zawsze, abyście robili to z głową i, że nie jesteście sami na drodze. Motocykl to rzecz, która nie wybacza błędów. Nie warto marnować życia tylko po to, aby zaimponować laskom stojącym na przystanku lub idącym chodnikiem. Jeżdżąc na motorze pracujecie na opinię wszystkich motocyklistów. Jeśli się wygłupiacie, szpanujecie to potem nie dziwcie się, że mówią na nas: dawcy.
P.Ś - Warto mieć pasję, ale realizować ją przede wszystkim myśląc.
Na zdjęciu: Kuba Rozmus i Paweł „Keta” Śliwa. Fot. Kamil Szyjka.
Share







Komentarze
Ludzie uważajcie na niego bo to oszust - ma serwis motocyklowy i oszukuje ludzi, rzekomo naprawia motory a tak naprawdę nie ma o tym pojęcia!!!
mówisz serio ? bo własnie miałem do niego jechać oddać w dobre profesjonalnego ręce fachowca r moje Ducati teraz to się wstrzymam
hehehhe ale pojechałeś !!!! ostro jak po furze..:)
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.